Wyjaśnienie w opowieści

Przeczytajcie fragment czarujących wspomnień miłośnika Krakowa spisanych na przełomie XIX i XX w. O niezwykłych przypadkach, które natchnęły go pragnieniem konserwacji spuścizny przodków, opowiada Stanisław Cyrankiewicz. Wyjaśnienie w opowieści to osobiste wspomnienia autora stanowiące część jego obszernego dzieła pt. Przewodnik po cmentarzach wydanego „w roku pańskim 1908”.

Tekst przepisany z reprintu opublikowanego w roku 1986 przez Krajową Agencję Wydawniczą w Krakowie na podstawie oryginału stanowiącego własność Bilioteki Jagiellońskiej (egzemplarz reprintu numerowany, numer 481).

Niebanalna pisownia i interpunkcja oryginalne!

...Stało naprzeciw domu, gdzie był przytułek w rodzaju dzisiejszego Brata Alberta a dzisiejszej Kasy Oszczędności miasta Krakowa, dwóch towarzyszy moich z tej wojny prusko - francuskiej, stoczonej niedawno na łące św. Sebastyana którym nagle i znienacka krzyknąłem do ucha: Prusaki! — Podrażnieni nagłym okrzykiem i zniewagą, że ich Prusakami nazywam, poczęli mię ścigać; ja zaś uciekając z ulicy Szpitalnej, skręciłem na lewo w ulicę św. Marka ku drukarni „Czasu”. Widząc zaś, że za mną pędzą. skręciłem na lewo w ruiny, gdzie jest obecnie szkoła św. Scholastyki. W owych ruinach wtedy składano rozebrane kramy z jarmarków, które dwa razy do roku się odbywały w Rynku głównym.

Trzeba pamiętać, że był to ówczesny Kraków z tysiącami przejść i zakamarków, sterczących jeszcze zgliszcz i ruin po niedawnej klęsce pożaru w r. 1850. Pamiętam trzy wielkie pożary w Krakowie. Pierwszy pożar powstał w domu zajezdnym pp. Łysakowskich, w miejscu, gdzie dziś stoi gmach Izby Handlowej przy ul. Długiej. Drugi miał miejsce w magazynach wojskowych, tam gdzie dzisiaj jest gimnazyum św. Anny przy placu Groble. Trzeci pożar wybuchł w młynie dolnym; po pożarze zostały tylko cztery ściany III. piętra a pozatem wszystko spłonęło. Ulica Krupnicza nieomal cała była zasypana mąką spaloną. Wiatr unosił w powietrze palące się przedmioty. Szczęściem było to w zimie i wszystkie dachy były śniegiem pokryte, bo byłoby się więcej jeszcze spaliło.

...po pożarze zostały tylko cztery ściany III. piętra a pozatem wszystko spłonęło...

Długie lata stały dawne gmachy publiczne ruinami, po których goniliśmy. Jedna z tych ruin znajdowała się w miejscu, gdzie dzisiaj jest gimnazyum św. Jacka. W ruinie tej w podworcu były stajnie i kuźnia kowala Wajssa. Druga ruina znajdowała się na końcu ulicy Jagiellońskiej, przytykała ona do gmachu Techniki krakowskiej a dzisiejszej Szkoły przemysłowej. Obecnie znajduje się gabinet chemii uniwersyteckiej a dawniej był to klasztor PP. Norbertanek, który po dziś dzień przytyka do kościoła ruskiego pod wezwaniem św. Norberta. Trzecia ruina była na miejscu teraźniejszego Uniw. Col. Novum. W środku ruiny urządzony był westibul, w lecie urządzano tam długą werandę dla gości pijących wody mineralne. U dołu pod tym samym daszkiem była bolcowa strzelnica, w niej znajdowała się tarcza z wizerunkiem syna WIlhelma Tella mającego jabłko na głowie. Widnieje po dziś dzień tablica pamiątkowa położona przez techników polskich w r. 1891 Feliksowi Księżarskiemu c. k. radcy budownictwa, twórcy Col. Novum. Później budowę nowego Uniwersytetu prowadził ś. p. A. Łuszczkiewicz, a kamień węgielny poświęcał ks. biskup Albin Dunajewski, Monarchę zastępował minister przybyły z Wiednia, i delegat Kazimierz hr. Badeni. Była to ważna chwila w życiu naszem i zarazem radość z nowego gmachu. My dla lepszego zobaczenia tej uroczystości, wyszliśmy na dach szkoły Przemysłowej dawnej Techniki.

Ale wracam do mego opowiadania ; ścigany przez moich prześladowców, dopadłem do tych ruin Scholastyczek, chcąc się tam schować za kramy   I w tej chwili .. któż opisze mój strach śmiertelny i przerażenie? Runąłem z wysokości piętra w jakąś ciemną, przesiąkłą zgniłą wonią stęchlizny przestrzeń. Oniemiałem z przerażenia, a przyszedłszy cokolwiek do siebie, począłem po omacku badać teren przymusowego mego pobytu.

Pod nogami czułem grunt miękki i grząski. Schyliłem się i — o zgrozo! ująłem w ręce ludzkie piszczele i czaszkę. owinięte w zmurszałe jakieś łachmany.

Na pół oszalały zacząłem z całych sił wołać o pomoc i ratunek.

Towarzysze moi, którym nie mało napędziło strachu moje nagłe zniknięcie pod ziemią, pobiegli za moim głosem i rzucając w czeluście zapalone szmaty papieru, dali mi poznać całą grozę obecnego położenia.

A był to widok, na który zaiste — nietylko serce dziecka wzdrygnąć się mogło! Dokoła mnie na ziemi obszernego sklepienia piwnicznego poukładane rzędami leżały bez trumien setki bielejących kości i szczerzących w strasznym uśmiechu czaszek ludzkich, ponarzucane tu i owdzie kawałkami podartych szczątków habitów.

...Spoważniałem, porzuciłem płoche a hałaśliwe zabawy...

Spuszczono do mego grobowego więzienia linkę podwójną i przy jej pomocy na pół żywy ze strachu i obrzydzenia. wydobyłem się znowu na powierzchnię ziemi i światła dziennego.

Spoważniałem, porzuciłem płoche a hałaśliwe zabawy, unikałem ludzi i gwaru miejskiego i wróciłem ulicą św. Marka ku Reformatom na Plac Szczepański do domu rodziców, nie chcąc już powracać do drukarni. Nieraz zamyślony i smutny siadałem jak osłupiały nad brzegiem Wisły i tam wpatrzony w sine nurty wody, dumałem nad niedawnemi przejściami w podziemiach kościoła Scholastyczek (obecnie szkoła św. Kingi), a w łamaniach się światła na wodzie, upatrywałem nadprzyrodzone zjawiska Ta zmiana usposobienia nie uszła uwagi mojego ojca!

Śledząc moje kroki, zaszedł mię kilkakrotnie niespodzianie na moich odludnych przechadzkach i wysiadywaniach nad brzegiem Wisły a najwięcej przy klasztorze Zwierzynieckim, i z wrodzoną mu dobrocią i miłością usiłował wybadać powód wzbraniania się pracy w drukarni i wysiadywania nad Wisłą, uspokoić wzburzony mój umysł.

Podczas przechadzek w stronę kościółka św. Salwatora, aby widocznie odegnać mię od Wisły, pokazywał mi mój ojciec miejsce, gdzie była zbudowana kolonia z domkami dla polskich weteranów z 31 roku przy kopcu Kościuszki, a które potem skasowali Austryacy, zabrawszy cały ten teren pod fortyfikacye.

W owym czasie znajdował się już między kościółkiem św. Salwatora a kopcem Kościuszki cmentarz zwierzyniecki nowy, obecnie noszący nazwę „starego”. Gdy zapadł zmrok a dzwon za topielców dziewięciokrotnem uderzeniem w jednę stronę wzywał wiernych na Anioł Pański i Zdrowaś za dusze utopionych w nurtach Wisły, wtedy mój drogi, kochany ojczysko z trwogą wpatrywał się w mą twarz, czy czasem nie zdradzę zamiaru zakończenia życia w nurtach Wisły. To dla upamiętnienia tych brzegów Wisły w przewodniku cmentarnym dodałem też o cmentarzach Zwierzynieckich starym i nowym.

To mię skłoniło do założenia teatru fantastycznego, gdziem wystawił swe utwory fantastyczne jak. Przygody myśliwego, tańce snopów i niedźwiedzi, nurek na dnie morza i t. p. pod tytułem „Feerye” w Warszawie w roku 1889 do odegrania i napisania później wielkiej ludowej feeryi w 6 obrazach p. tyt.: Żaki krakowskie przy współudziale przez napisanie wierszy i śpiewek przez Konstantego Krumłowskiego, którą posłałem na konkurs Wydziału krajowego do Lwowa w roku 1899, gdzie wchodzą fantastyczne postacie jak: Wiślana, Wanda, Amory, Trytony, Nimfy itp. Ferya z powodu zbyt kosztownej wystawy nie grana, wydrukowana jest na końcu niniejszej opowieści na stronie 616.

...cmentarz zwierzyniecki nowy, obecnie noszący nazwę „starego”...

We dnie i w nocy widziałem w wyobraźni wyschnięte szkielety, odziane w strzępy habitów. Ale miejsce trwogi i obrzydzenia zajęło teraz w mojem sercu zgoła inne uczucie. A była to jakaś cześć na pół religijna, na pół mistyczna, pomieszana z głęboką litością nad temi nieszczęśliwemi istotami, które swe życie poświęciwszy Bogu, nie znalazły po śmierci zasłużonego spoczynku dla swych kości i leżały bez trumien. Gdybyż im pomóc i nagie, sterczące ich kości chociaż po chrześcijańsku złożyć w trumnach!

Myśl ta nie dawała mi spokoju, aż wreszcie przyoblekła się w ostateczne postanowienie.

Pewnego razu oświadczyłem krótko a węzłowato mojemu ojcu i drogiej kochanej mateczce, że nie czuję w sobie najmniejszego powołania do kunsztu drukarskiego, natomiast uczułem wielkie zamiłowanie do fabrykacyi trumien.

Mój dobry ojciec był niemało zdumiony, usłyszawszy tak niezwykłe żądanie z ust syna; przychylił się jednak do mej prośby i wkrótce rozpocząłem praktykę u znajomego moich rodziców majstra Józefa Włodarskiego, gdzie obecnie mieści się zakład pogrzebowy J. Wolnego, gdzie u tegoż majstra praktykował i wyterminował pan Jan Wolny.

Myśl moja czy idea nie opuszczała mnie ani na chwilę: wykształcić się w moim fachu dostatecznie, abym potem sam własną ręką mógł sporządzić trumny dla nieszczęśliwych zakonnic z pod ziemi, aby ich kości do nich poukładać.

Ale plan mój niełatwym był do wykonania! W warsztacie pod czujnym okiem mojego majstra nie znalazłem na nieszczęście ani chwili czasu, ani krzty materyału na wykonanie zakonnych trumien.

Szczęśliwym zbiegiem okoliczności pryncypał mój, który był jednym z najpierwszych ówczesnych mistrzów swego fachu stolarskiego, otrzymał stolarskie roboty dla odnawianej właśnie Biblioteki Jagiellońskiej, a mnie, jako ucznia fizycznie dojrzałego dodał do pomocy swoim czeladnikom, tamże wysłanym.

Od biedy jaką taką małą trumienkę sklecić potrafiłem zarabiając po fajrancie „na fuchę” dla pani majstrowej, by mieć od niej szklaneczkę chrzczonego, przegotowanego mleka do śniadania. Teraz nadarzała mi się upragniona sposobność spełnienia mego postanowienia, czy ślubu.

...magistrat m. Krakowa zamknął i nie dawał wypiekać pieczywa...

Tamże, w Bibliotece Jagiellońskiej na obecnym galeryi tarasie w dziedzińcu stał warsztat stolarski do wykończenia robót dębowych i bram, okien i t. p. dla Biblioteki, i tam to z warsztatu przed roboczemi godzinami, z drzewa, już dawno majstrowi zapłaconego, zrobiłem pierwsze części na trumnę, jak hopty, boki itp., przeniósłszy takowe do domu swego majstra gdzie po dawnej piekarni suterynowej, którą magistrat m. Krakowa zamknął i nie dawał wypiekać pieczywa, tam tę trumnę zbiłem i wykończyłem.

Teraz oczekiwałem tylko dnia, a raczej nocy sprzyjającej przeniesieniu trumny, i umieszczeniu w niej śmiertelnych szczątek którejkolwiek z pobożnych sióstr, spoczywających w owych podziemiach.

I doczekałem się.

Z nastaniem pewnego niedzielnego ranka, ująłem trumnę na głowę i okrążając znanemi zaułkami ruchliwsze ulice, św. Tomasza i św. Marka, przetransportowałem trumnę pod kościół Scholastyczek, gdzie obecnie znajduje się szkoła św. Kingi. Ale okna były zamurowane, wrota zamknięte i nie miałem z trumną dostępu do podziemi. To też na plebanię św. Krzyża, graniczącą z tym kościołem i klasztorem Scholastyczek, zaniosłem trumnę na podwórze, zostawiłem pod murem w zaroślu i odszedłem z tą myślą, że podczas sumy w nieobecności służby kościelnej dostanę się przez mur do podziemia, gdzie ulokuję w trumnie szczątki pierwszej zakonnicy.

Jakież było moje zdziwienie, gdym przyszedł powtórnie na plabanię a nie wiedziałem, gdzie się trumna podziała, gdyż z zarośli ktoś ją usunął.

Można sobie wyobrazić moje zmartwienie przygnębienie i przestrach, że mi ktoś trumnę zabrał, podobnie jak ja drzewo na nią użyte!

Dopiero później dowiedziałem się na liczne moje zapytania, komu trumnę tu przynieśli — od kościelnego córki, która powiedziała mi, że mama czesząc się, spostrzegła trumnę w zaroślach i z dziećmi wyniosła ją na strych, a następnie porąbała ją na opał do wypiekania opłatków dla kościoła.

Skutkiem niepowodzeń i obawy, które przeniosłem dla tych zakonnic, zraziłem się do tej dzielnicy, a że w r. 1873 nastąpiła cholera i ludziska tak zmierali, że cały warsztat nie mógł nadążyć robić tyle trumien, i mój pan majster z obawy łatwego zarażenia się od kupujących trumny oddzielił się w mieszkaniu, a odemnie odbierał pieniądze przez lufcik i to przy pomocy obcęgów, gdym przytem upadał od nadmiaru pracy, gdy ostatecznie i z majstrową zaostrzyły się stosunki z powodu nader lichego odżywiania nas praktykantów i z tego powodu przyszło między nami do nieporozumień, do reszty zraziłem się i nosiłem się z myślą opuszczenia ich. Na ostatek skutkiem wytężającej pracy zasłabłem.
...Skutkiem niepowodzeń i obawy, które przeniosłem dla tych zakonnic, zraziłem się do tej dzielnicy...
Przypatrując się postępowaniu majstrów i ich dzieci, przyszedłem do wniosku, że są to ludzie, którzy tylko wyzyskiem sił młodzieńczych żyją. Trzeba wiedzieć, że wpierw pracowało się od godziny 5 rano do 7 wieczór. Pół godziny trwało śniadanie, na które dostawało się 3 centy, pół godziny trwał obiad, który się jadło z jednej miski, a kolacya była o 7 wieczór. Głodnym się siadło i głodnym się wstało. Szkół wieczornych ani kościoła nie było dla terminatorów jak obecnie. Kto miał rodziców w Krakowie, szedł do nich pożywić się, aby nabrać nowych sił do pracy. Terminatorzy uczęszczali dobrowolnie na wykłady trzy razy tygodniowo wieczorami. Wykłady te odbywały się raz w szkole realnej przy ul. św. Jana, gdzie dawniej był kościół z klasztorem OO. Bonifratrów, później teatr polski, szkoła realna, a teraz sąd powiatowy. Innym razem chodziliśmy do szkoły ludowej, gdzie jest obecnie książęcobiskupi Konsystorz. Tam wieczorami pokazywano nam rysunki. Czasem zbieraliśmy się w jednej z sal Muzeum techniczno - przemysłowego im. Baranieckiego w gmachu OO. Franciszkanów. Tam wykładano nam o fizyce, tarciach atmosferycznych, doświadczeń prądu i t. p. Z tych wykładów wychodziliśmy, dziękując pp. profesorom i odprowadzając ich do domów.

Nadszedł nareszcie dzień mego wypisu. Pewnego dnia zjawił się w domu moich rodziców wysłaniec czeladzi z gospody a bijąc pięściami w drzwi i stukając laską o ziemię wołał do rodziców: „Przyszedłem tu po waszego pędraka, którego mamy przyjąć do swego grona! niechaj zabierze ze sobą mamonę na libacyę dla czeladzi!” Oczekiwałem tego dnia z upragnieniem, a skoro już nadszedł, ubrałem się świątecznie i wraz z mym ojcem ukochanym poszliśmy do gospody Kamińskiego na Plac Matejki, gdzie się znajdowała. Dom ten znajdował się w tem miejscu, w którem obecnie mieści się skład apteczny.

W izbie czeladzi znajdowała się lada żelazna w formie kufra, na stole stał krzyż z P. Jezusem, kilka książek, papier do spisania protokołu, gęsie pióro i kałamarz przywiązany i wiszący na sznurku obok stołu. Po przybyciu mojem nastąpiło sprawdzene osoby i odczytanie pozwolenia, że starszy cechu pozwala przyjąć i wpisać mnie do ksiąg czeladzi na czeladnika. Trzeba było odmówić pacierz, następnie kazali usiąść na stołku i najstarszy wiekiem czeladnik podał mi fajkę na długim cybuchu, córki właściciela gospody, przeważnie szynkarki przystąpiły — jedna przywiązała kwiaty do cybucha u fajki, a druga nakładała tytoń do fajki, czeladnik orator przemówił odpowiednio parę słów do mnie i zapałką zapalił tytoń krzycząc: „ciąg co masz tchu i siły, niech
...niechaj zabierze ze sobą mamonę na libacyę dla czeladzi!...
dym wybucha z twych ust i fajki, a wyjmij czworaki i trojaki, aby były na libacyę, boś został przez nas współobywatelem, a pilnuj naszego i swego honoru stolarskiego, jak oka w głowie”.

Trzeba było 3 lub 5 guldenów złożyć na stole, na którym leżały księgi, a panny dalejże znosić piwo owsiane w kamionkach, kiełbasę gotowaną, bułki, chleb, miód i t. p. Zaczęło się toastowanie, gra w fortunkę, tańce przy harmonijce i przy cymbałach, zabawa przeciągła się do godz. 8 wieczór, a na zakończenie kilkunastu młodych czeladzi odprowadziło mię do domu. Lecz cóż mi z tego wszystkiego, kiedy trumien dla zakonnic nie dostarczyłem. Myśl ta ciągle mię prześladowała i zraziłem się do tego zawodu. Poznałem, że to nie dla mnie, bo uczęszczając za kulisy do teatru przejąłem się mechaniką teatralną i aparatami od maszyn, o tem teraz tylko myślałem, dostać się do zakładu mechanicznego przy uniwersytecie, przy ulicy Grodzkiej w „Collegium juridicum”. Był tam na owe czasy najzdolniejszym mechanikiem p. Niemetz, ojciec obecnego pana Henryka Niemetza, optyka, którego znałem z teatru, gdzie dość często za kulisami reperował księżyc teatralny o świetle Drumonda. Chcąc napełnić ów księżyc gazem z rezerwoaru i przeprowadzić go do aparatu z kredami, trzeba było przynajmniej 8 konewek wody wlać do rezerwoaru tegoż, aby wywołać ciśnienie gazowe Drumonda, przyczem księżyc nie chciał często oświetlać sceny z za kulis i równocześnie tak syczał, jak tramwaj krakowski na skrętach ulicy, na całą widownię, iż nieraz przygłuszał słowa artystów...

Niebanalna pisownia i interpunkcja oryginalne!

Stanisław Cyrankiewicz, Przewodnik po cmentarzach, Kraków 1908. Reprint: KAW Kraków 1986. Od str. 495.